Jakakolwiek pomoc zakazana

Jak ewoluowały zespoły wsparcia podczas Tour de France? Od “jeśli jest zepsute, nieś je sam” do pryszniców, ekspresów do kawy i szefów kuchni.

Gdyby Eugene Christophe żył w obecnych czasach, miałby najlepsze rowery, własnego masażystę, wszystkich niezbędnych mechaników i całą drużynę innych kolarzy pomagających mu w walce o zwycięstwo. Niestety, Christophe był wielką gwiazdą kolarstwa około stu lat temu. Jak tylko wspiął się na słynne Cul du Tourmalet podczas Tour de France w 1913, musiał zsiąść z roweru, odczepić tylne koło i obrócić je, by móc użyć innej zębatki, bo wtedy nie używano jeszcze przerzutek.

KTÓRĘDY DO KOWALA?

Wszystko szło dobrze i Christophe był już w drodze na dół, kiedy nagle poczuł, że coś jest nie tak z rowerem. Jak tylko się zatrzymał, odkrył że zepsuł się przedni widelec. Nie miał żadnego pomocnika, który mógłby odstąpić mu swój rower, nie miał samochodu z mechanikami do pomocy przy każdym, najmniejszym nawet problemie. Tak naprawdę, zgodnie z zasadami stworzonymi przez dyrektora wyścigu, Henri’ego Desgrange’a, miał ścisły zakaz korzystania z jakiejkolwiek pomocy!

Poszedł więc pieszo w dół stoku (od czasu do czasu ześlizgując się po trawie), niosąc na ramionach rower. Jak tylko dotarł do następnej wioski, odnalazł drogę do najbliższego kowala. Członkowie zespołu sędziowskiego już czekali w kuźni, by mieć pewność, że sam dokona napraw widelca. Udało mu się, ale otrzymał karę trzech minut, bo siedmioletnie dziecko pomagało mu, tłocząc powietrze do ognia, którym podgrzewał metal do napraw. Przegrał tamten Tour de France, ale zdobył serca widzów.

Wyścig wygrał Philippe Thys, którego też ukarano, gdy mając problemy mechaniczne skorzystał z pomocy kolegi z zespołu. W 1914 Thys znów był na prowadzeniu, kiedy natrafił na poważne kłopoty. Zamiast szukać kowala, Thys kupił nowy rower i otrzymał karę 30 dodatkowych minut. I tak było to lepsze od marnowania godzin na próby własnoręcznych napraw, jak to zrobił Christophe.

Desgrange chciał twardych zwycięzców Dla współczesnych kolarzy Tour de France sprzed stu lat byłby zupełnie innym światem. “Ojciec” wyścigu, Henri Desgrange, wymyślił trudny wyścig, w którym etapy miały po prawie 500 kilometrów i prowadziły przez góry bez utwardzonych dróg. Poza brutalną trasą, nie pozwolił on również na żaden rodzaj wsparcia dla kolarzy. Chciał stworzyć twardych zwycięzców.

Żeby wygrać wyścig bez pomocy z zewnątrz, kolarze obwiązywali się szytkami (dętkami połączonymi z oponami), a wszystkie niezbędne narzędzia wieźli ze sobą. Dodawało to jeszcze więcej wagi do już ciężkiego roweru. Musieli szyć własne opony i łatki. Przebicie opony oznaczało stratę około 20 minut lub więcej.

TE SAME ROWERY DLA WSZYSTKICH

Niektórzy kolarze ścigali się samodzielnie, a niektórzy mieli wsparcie różnych firm. Wpływy sponsorów na wyniki nie spodobały się Henri’emu Dasgrange i w 1908 dyrektor wyścigu wprowadził zasadę wymagającą od wszystkich kolarzy użycie takich samych rowerów. Zasada przetrwała dokładnie rok, jednak niektóre z innych przepisów Desgrange’a prześladowały uczestników o wiele dłużej i spowodowały kilka groteskowych sytuacji. Kiedy Paul Duboc, ówczesny lider Tour de France, zasłabł w 1911 roku z powodu napicia się zatrutej wody, nikt nie zatrzymał się by mu pomóc, bo jakakolwiek pomoc była zakazana. Chciałbyś dać swojemu przeciwnikowi coś do picia? 30 minut dodano do Twojego czasu.

ZEPSUTE? SAM NIEŚ!

Po pierwszej wojnie światowej musiały zajść małe zmiany. Organizatorzy zaczęli pokrywać koszty jedzenia i hoteli zawodowców. Jeśli kolarz miał tak poważną usterkę mechaniczną, że potrzebował nowych części do roweru, musiał udowodnić sędziom, że nie jest możliwe wykorzystanie starej części. W 1921, kiedy Francuz Léon Scieur potrzebował nowego przedniego koła, musiał również przez 300 kilometrów na plecach nieść zniszczone, bo nie było w pobliżu żadnego sędziego. Osiem lat później Victor Fontan musiał nieść cały rower.

Dwa lata później managerom drużyn wreszcie pozwolono na pomoc przy naprawach. Nicolas Frantz zakończył jeden z etapów w 1928 na damskim rowerze, ponieważ nie miał dostępu do samochodu z mechanikami, a nie mógł znaleźć otwartego sklepu rowerowego.

DRUŻYNY SPONSOROWANE? ZAKAZANE!

W latach dwudziestych drużyny sponsorowane działały na podobnych zasadach co teraz – chroniły swojego lidera. Desgrange zamienił więc wszystkie etapy płaskie na drużynowe próby czasowe. Chciał, aby Tour de France tworzył silnych bohaterów. Z tego powodu, w 1930, wraz z Jacques’em Goddet’em drastycznie zmienili wyścig. Pozwolili na udział tylko drużynom narodowym. W końcu pozwolono na pomoc mechaniczną od samochodów drużynowych i kolarzy z drużyny, ale zawodnicy musieli ponownie używać tych samych ram. Przerzutki dopuszczono po raz pierwszy w 1937.

PRYSZNICE, EKSPRESY I SZEFOWIE KUCHNI

Druga wojna światowa zrobiła swoje. Francuzi potrzebowali swojego Tour de France, ale jedzenie i paliwo było nadal racjonowane. Aby wyścig mógł się zacząć ponownie, rząd zgodził się udzielić mu finansowego wsparcia. Był to początek, ale pomoc mechaniczną nadal trudno było dostać, bo samochody często tkwiły za peletonami. Kolarze zatrzymywali się by napełniać bidony wodą z gigantycznych mis, a w latach pięćdziesiątych sami nosili swoje opony.

Drużynom sponsorowanym wreszcie pozwolono na powrót do Tour de France w 1962, kiedy producenci rowerów i inne firmy rowerowe zaczęły naciskać na organizatorów. Mimo, że płaciły swoim zawodowcom, nie wolno im było reklamować się podczas Tour, więc ich interes cierpiał.

Nawet od tamtej pory wiele rzeczy znacząco się zmieniło. Dzisiaj uczestnicy odpoczywają w najlepszych hotelach albo w wygodzie ogromnych autokarów wyposażonych w prysznice i ekspresy do kawy. Nawet o pranie nie muszą się martwić. Drużyny mają tzw. asystentów kolarzy. (członków zespołu, którzy karmią, ubierają i masują kolarzy), managerów, dyrektorów sportowych, a nawet szefów kuchni. Zmiana zepsutej części to teraz sprawa sekund lub minut, a nie godzin.

Gdyby żył dzisiaj, Eugene Christophe nie przegrałby Tour de France z powodu zepsutego widelca.